Zaciekły bój z przemocą (część 6.)

Jak wspominałem historia, którą przytoczyłem, była na tyle dla mnie szokująca, że o potwierdzenie realiów i opinię o tych wydarzeniach zwróciłem się do naszego kontaktu w USA. Dalszy ciąg cyklu to informacje, jakimi podzielił się z nami nasz mocno zorientowany w sytuacji człowiek.

W USA tzw. „dobroczynność” jest po prostu jedną z gałęzi przemysłu. Przemysłu o nazwie świadczenie usług pomocy socjalnej. I jedynymi potrzebnymi do tego kwalifikacjami jest umiejętność „organizowania” kasy od prywatnych „dobroczyńców”. Czyli bogatych obywateli, różnej maści fundacji itd. No i jeszcze umiejętne załatwienie sobie dotacji z administracji rządowej wszystkich szczebli na dokładkę do tych wypracowanych środków.

Jednym słowem – grunt to zorganizować odpowiednich sponsorów, którzy chętnie dadzą kasę na jakiś modny akurat temat. Aby temat był modny, potrzebna jest do niego właściwa medialna kampania, a o to już dbają odpowiednie środowiska. Cóż, dżentelmeni o pieniądzach nie mówią… Domysły co do rodzaju powiązań pomiędzy wykonawcami „dobroczynności” a ich tubą medialną wykluczyły by mnie zapewne z tego elitarnego kręgu.

Odpowiednio wylansowany problem społeczny sprawia, że sponsorzy nader chętnie sięgają do kieszeni. Bogate wdowy, mogące się wykazać taką szczytną działalnością, firmy które chcą być poprawne politycznie itd. A do tego administracja rządowa każdego szczebla no i politycy, którzy w obawie przed atakiem medialnym jeden przez drugiego sypia na to publiczną kasę. Ścinając oczywiście budżet gdzie indziej – tam, gdzie media tak nie naciskają. A DSS też wyrywa z administracji ile może i kieruje te środki w jedynie słusznym kierunku. I płynie sobie ta kasa na „schroniska” szeroką jak Missisipi rzeką.

Wydanie 70 centów z otrzymanych pieniędzy na „Leksusy” albo inne fajne auta dla personelu nie jest przecież żadnym przestępstwem. No cóż o kosztach operacyjnych się nie dyskutuje (patrz casus dżentelmenów). Swoją drogą ciekawe jak to wygląda u nas – ile z każdej złotówki pomocy w fundacjach idzie na pomoc a ile na koszta operacyjne. Ale…  przecież dobroczyńców się czepiał nie będę.

Problem w tym, że jak już się tę kasę zorganizuje, to trzeba się wykazać jakąś działalnością. Inaczej idzie się siedzieć, bo bez działalności to byłoby zbyt ewidentne oszustwo. Problemu z potrzebującymi pomocy niby nie ma, ale spora cześć z nich bywa „kłopotliwa w użyciu” (o w najbliższym czasie). Stąd prosty wniosek, że trzeba nałapać takich mało problemowych klientów, choćby i na siłę. A potem już tylko… zbawiać, korzystając z kosztów operacyjnych. Nasuwa się niezapomniana myśl klasyka:

…dobrze, dobrze być cysorzem,
Choć to świnia i krwiopijca!
(Tadeusz Chyła, Ballada o Cysorzu)

No i znowu się rozpisaliśmy, więc na pewno ciąg dalszy nastąpi…

GD Star Rating
loading...
Zaciekły bój z przemocą (część 6.), 4.0 out of 5 based on 1 rating
Walka z przemocą czy z rozsądkiem?Zaciekły bój z przemocą (część 5.)Zaciekły bój z przemocą (część 7.)
Ten wpis został opublikowany w kategorii organizacje i ruchy, sądy, urzędy, instytucje, prawo i praktyka, przemoc, psycholodzy, psychiatrzy, badania, dyskryminacja. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 Responses to Zaciekły bój z przemocą (część 6.)

Dodaj komentarz