Prawda historyczna i konieczność dialektyczna

Mówi się, że nieważne jak grają, ważne, jak liczą punkty. Mówi się, że nieważne kto gra, ważne kto ustala zasady. Mówi się… a jak to wygląda w życiu? Wszyscy, nie tylko kibice piłkarscy, znają aferę w polskiej piłce. Kilkaset osób aresztowanych za, nazwijmy to eufemistycznie, pozasportowe wpływanie na wyniki rozgrywek.

Od pewnego czasu nieodparcie nachodzi mnie refleksja, że w naszej „cywilizacji” nie obowiązują żadne stałe reguły. Kiedy patrzę na to, co się dzieje w moich sprawach sądowych (dlaczego to się musi załatwiać w sądach?), kiedy słucham kolegów i koleżanek w podobnej sytuacji, to mam wrażenie, że gramy w chruszczówkę. To stara gra, której nauczył mnie mój Tata. Zasada jest prosta – wygrywa ten, kto poda większą liczbę. A jak to wygląda w praktyce?

— Grasz w chruszczówkę?
— Gram!
— To podaj jakąś liczbę.
— Siedemdziesiąt trzy.
— Siedemdziesiąt cztery, wygrałem!

Po kilku wygranych partiach można zmienić grę na odwróconą chruszczówkę… Ma pan jakieś dowody? Ale na co? Że nie jest realizowany wyrok sądu. A nie, to nie na temat… Że trzeba zmienić wyrok sądu. A nie, to nie w tym postępowaniu. Że przedstawiane przez wnioskodawcę „informacje” nie są poparte żadnymi dowodami. Nieważne, że nie ma dowodów, niech pan przedstawi dowody, że to nieprawda!  Sam mam sprawę o rozszerzenie kontaktów z dziećmi, gdzie na wokandzie wypisana jest trójka moich dzieci. Kiedy próbuję coś powiedzieć o moim najstarszym synu to się dowiaduję, że jest pełnoletni i sprawa go już nie dotyczy (kiedy był składany wniosek nie był jeszcze pełnoletni – sprawa się toczy już prawie 2 lata). Kiedy poprosiłem, żeby w takim razie usunąć pierworodnego z wokandy zostałem ostrzeżony, że zachowuję się niestosownie i mogę zostać ukarany za obrazę sądu.

Ale to nie tylko kwestia postępowania przed sądami. Temat jest znacznie szerszy. Nieważne jest w sumie, kto się dzieckiem zajmuje, kto je przebiera, myje, pielęgnuje i karmi. Ważne jest, kto ustala reguły. Czym i jak wolno dziecko karmić? Do jakiego lekarza trzeba z nim pójść? W co powinno być ubrane? Które przedszkole czy szkołę wybrać?

Kilka wieków temu nie było wątpliwości, kto ustala reguły. Był ustalony moment, kiedy dziecko przechodziło spod opieki matki pod wyłączny praktycznie zarząd ojca. Po słusznym i zasłużonym sukcesie sufrażystek sytuacja się zmieniła. Mamy jednak niestety skutki uboczne… Okazuje się, że ojciec jest o tyle dobry, o ile realizuje zasady ustalone przez matkę. Nawet, jeżeli to on pierze i prasuje pieluchy (oczywiście nikt już nie używa pieluch tetrowych – to taka figura retoryczna…) i jeszcze przewija dziecko, to ważne jest, czy spełnia „wysokie standardy” ustalone przez matkę.

Taką sytuację wspiera utrwalony przez rewolucję przemysłową patriarchat, w którym to ojciec ma zarabiać na rodzinę (czyli zajmować się sprawami zupełnie oderwanymi od domu i rodziny), a matka ma zadbać o codzienność (czyli jest zanurzona w rodzinie i w domu). Oczywiście – reguły przyjmują  gracze. Jeżeli rodzice ustalą, że dzielą się obowiązkami w sposób tradycyjny, to tak będzie. Jeżeli ustalą, że to ojciec zajmuje się praniem, prasowaniem, gotowaniem, sprzątaniem i wychowaniem dzieci, a matka zarabia, to może być i tak. Mogą też oboje pracować i zatrudniać panią czy pana do pomocy. Można też zagonić do roboty babcię, wysławszy ją na wcześniejszą emeryturę. Dopóki się dogadują wszystko jest w porządku. Kłopot zaczyna się, kiedy przestają rozmawiać. Kiedy nagle jedno uzna, że nie odpowiadają mu dotychczasowe reguły. Co się dzieje, kiedy to pan stwierdzi, że mu się nie podoba? Pan może się wyprowadzić. A co się dzieje, kiedy to pani się przestanie podobać? Pan może się wyprowadzić…

Oczywiście, piszę o pewnym wiodącym modelu, od którego mamy sporo wyjątków. Każdy przypadek jest inny, ale statystyka pokazuje jaki jest wiodący model. I przypomina się niezapomniana Ballada o szachiście Wojciecha Młynarskiego.

Przedostatnia zwrotka zdaje się oddawać sposób, w jaki doszło do obecnej sytuacji. I niestety na razie nie zbliżamy się do zwrotki ostatniej…

A zresztą, czy o to nam chodzi, żeby ojcowie pokonali matki? Nie wiem jak Wam, drodzy czytelnicy. Ja chciałbym, żeby skończyła się konkurencja a zaczęła się współpraca. Bo w walce między rodzicami niezależnie od tego, czy wygra mama, czy tata, dziecko zawsze będzie przegrane…

A skąd tytuł tego wpisu? Ano z trzeciej zwrotki…
Dla tych, którzy nie pamiętają tekstu, przytaczam z pamięci:

Mili państwo, pośród licznych
opowiastek satyrycznych,
z których nieraz miły słuchacz mój się śmiał,
nie publikowałem słodkiej
i niegłupiej anegdotki
o facecie, który ze mną w szachy grał.

Choć niewąsko był obryty,
znał roszady i gambity,
bo teorię z mądrych książek kuł od lat,
grałem z nim bez przyjemności,
bowiem
słabo grywał dość – i
już po paru ruchach mu mówiłem: “Mat”.

Aż nagle dnia pewnego
facet rzekł, że dosyć tego,
że tu jakiś podły spisek miejsce ma,
bowiem prawda historyczna
i konieczność dialektyczna
żąda od nas, by wygrywał on – nie ja!

Na protesty me nieczuły,
rzekł: “Zmieniamy gry reguły,
bo nie wytrzymują one życia prób,
od tej pory nie ma skuchy –
na twój ruch – trzy moje ruchy
i za każdy zbity pionek bierzesz w dziób!”

Na krzesełku się poprawił,
za plecami mnie postawił
drabów trzech, na widok których trzęsie febra,
trzy figurki naraz ruszył,
dziób mi puchnie, płoną uszy…
A najśmieszniejsze, że on chyba znowu przegra…

GD Star Rating
loading...
Dobro dziecka…ograniczenia praw rodzicielskich…Prawo mnie nie interesuje!
Ten wpis został opublikowany w kategorii relacje między rodzicami, prawo i praktyka, mężczyźni i kobiety, dyskryminacja, prawa dziecka, sądy, urzędy, instytucje, siła stereotypu, rozstanie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 Responses to Prawda historyczna i konieczność dialektyczna

Dodaj komentarz